FANDOM

Mithgaraf

  • Moje zajęcie włóczęgostwo po starych traktach

O mnie Edytuj

Droga

Popękane od starości, dawno nie używane kamienne płyty ginęły pod warstwą szeleszczących suchych liści ostrokrzewów. Ze szpar śmiało wyrastały pęki wrzosów, ale miały one zostać zastąpione niedługo przez wszechobecny piasek. Kępki ostrolistnych zarośli zasłaniały brzegi ścieżki obok której z rzadka sterczały sczerniałe powykrzywiane kikuty uschłych skarłowaciałych drzewek.

Wędrowiec postawił stopę na szorstkiej, dziwnie równej powierzchni i spojrzał w dal. Gdzieś tam za rozedrganym od gorąca morzem piasku była ponoć wspaniała puszcza a dalej niewyraźnie majaczący na zachodzie łańcuch brunatnych szczytów. Stanowiły one pasemko, oddalone setki mil, tak nikłe nad ruchliwą fatamorganą i tak cienkie, że nie miał pewności czy to nie jedynie miraż przysłany przez duchy wydm. Czy ten kraj przed nim jest cichy jak kraina umarłych, czy też spotka tu śmierć w łapach tych stworów którymi straszono go w dzieciństwie - potężnych, pierzastych, przypominających wielkie zmiennokształtne węże smoko-ludzi żywiących się pustką i samą ziemią?

Za górami, pełnymi wodospadów, nieznanych ptaków, dźwięków i zapachów żyły ponoć elfy, tajemnicze postacie o szpiczastych uszach, znikające w poświacie liści o brzasku, potrafiące pleść materiał tak delikatny jak nić pajęcza, a jednocześnie mocniejszy od stali. A może to jedynie bajdurzenie starej Amruniel, tłumaczącej swój wygląd (choć jej uszy były zwykłe jak u każdego) i śpiewny głos pomimo sędziwego wieku?

Ruszył dalej rozważając nurtujące pytania - czy jej imię mogło coś znaczyć? Do tej pory myślał, że to po prostu imię, ale im dłużej dumał, przeskakując z płyty na kolejną płytę, tym więcej pytań rodziło się w jego umyśle. Dlaczego nie miała na imię tak jak inne staruszki z wioski - Katy, Nita, Ologa? Dlaczego jej rówieśniczki nigdy nie zwracały się do niej na "ty" ale zawsze tak jak do osoby, którą znały już w dzieciństwie jako kogoś szacownego o wieku podeszłym? Dlaczego nie można było wspominać jej imienia wobec handlarzy tylko należało mówić "babcia"? Dlaczego jej dom pustoszał gdy do wioski przybywali karbowi w powykrzywianych maskach? Karbowi przecież nie rozmawiali z osobami, które nie prowadziły gospodarstwa, nie wytwarzały suszonej żywności, lekkich kolczug z łusek czy nici z rybich jelit.

Kamienne płyty zaczęły parzyć w stopy. Wędrowiec założył przygotowane wcześniej wg własnego pomysłu podeszwy z podwójnej skóry foki upolowanej daleko na północy. Obwiązał rzemyki w kostkach i ruszył dalej po nieruchomych płytach położonych tutaj chyba tysiące lat temu. Gdzieś daleko z boku skrzeczał mały ptak, jedyny ślad życia. Powinien siedzieć na jakimś krzaku, ale im bardziej wytężał wzrok, tym bardziej obraz żwirowych pagórków rozmywał się a oczy zaczynały szczypać.

Głos babki słyszany w dzieciństwie dźwięczał mu w uszach z każdym krokiem ku zachodowi. Co znajdzie za górami - czy krainę elfów i innych nieznanych istot, których babka nie umiała, albo nie chciała nazywać - czy może tylko wypalone pustkowia a na nich śmierć z pragnienia? Czy bajki o wielkich postaciach zmieniających się w skały o brzasku, czy o skaczących drzewach okażą się prawdą? Nie chciał ryzykować, ale wiedział że trawiąca go tajemnica, rozwijająca się nadzieja i nigdy nie zaspokojona ciekawość będą męczarnią daleko większą. Coś pchało go w przód, ku krainom z baśni, coś kazało mu zostawić spokojny dom na morskim brzegu, gdzie rozbijały się bałwany, coś kazało zostawić za plecami przyjaciół nieustannie żeglujących po pustych falach do Wielkich Wschodnich Ścian. Zresztą, cóż mogło być ciekawego w tych monotonnych połaciach gładkich parzących skał, wznoszących się na całe mile prosto z morza? Co mogło znajdować się wysoko tam na wąskim szczycie nieosiągalnej Kallor-men? Co mogło na prawdę ucieszyć człowieka we wiosce w której każdy dzień wyglądał tak samo?

Nie, baśnie Amruniel były znacznie ciekawsze. Tam było przynajmniej życie, i to życie tak niezwykłe, tak pełne splatających się losów i pragnień, że nie mogło być tylko wyobraźnią. Bo i po cóż było by wymyślać historię o wielkim psie, czy dziewczynie zamienionej w petrelę.

Dotarł do kolejnego niewielkiego wzniesienia, będącego raczej szeroką, płaską kupą żwiru, z rosnącą między kamykami jakimś suchoroślami, ostrymi i czepiającymi się jego stóp, pozostawiając na skórze zadrapania i swędzące nieprzyjemnie drobne ranki. Jego wzrok sięgnął parę mil do przodu. Po obu stronach, ginącej pod zawianymi wydmami, ścieżki krajobraz był tak samo szary i pusty. Horyzont lekko drgał, czyniąc linię styku nieba z ziemią niepewną, jakby od teraz żaden pewny punkt nie istniał między gruntem i zenitem. Nagle wydało mu się, że w owym drgającym powietrzu widzi jakiś ruch. Coś jak zawirowanie mirażu pełzło powoli do przodu, to przybliżając się, to oddalając i ginąc za nierównościami.

Patrzył jak urzeczony na owo zjawisko, gdyż było ono jedyną oznaką życia w tej niegościnnej krainie, aż nagle zdał sobie sprawę, że cokolwiek to było, kierowało się zakosami coraz bardziej w jego stronę. Zszedł nieco niżej, aby nie być widocznym na tle nieba, położył na ziemi i przysypał parzącym żwirem i piaskiem. Tak zagrzebany obserwował jak coś, co coraz bardziej przypominało skrzącego się wielkiego węża podąża w jego kierunku. Piasek wchodził mu w ubranie i drapał. Poczuł też, bardziej niż usłyszał, pomruk czy raczej chrzęst biegnący w ziemi. Z przodu, gdzie powinna była być głowa pojawiały się co chwilę migające kolory.

Zjawisko wciąż było niewyraźne, dopiero z odległości mili dostrzegł że to co początkowo brał za węża, czy może nawet pełzającego smoka było rzędem jeźdźców przykrytych pasem jakiegoś szarego materiału. Powoli dostrzegał ich odbijające światło stroje, wciąż jednak nie dostrzegał twarzy, gdyż chylące się ku zachodowi słońce powodowało że oświetlone były jedynie kontury. Grupa zatrzymała się nieopodal wzniesienia, na tyle blisko, że słyszał echo ich głosów, choć nie rozróżniał pojedynczych słów. Maleńkie z tej odległości postacie, zeszły z wierzchowców i zaczęły formować jakieś urządzenie, składające się z patyków i kilku sporej wielkości płacht. Sądził że to jakiś rodzaj domu, jednak nikt nie wchodził do środka, a urządzenie zaczęło się powoli obracać i chwiać jak cynowy talerz rzucony na stół.

Gdy zapadł wieczór i postacie znikły mu z oczu, oprócz tych oświetlonych jakimś nikłym światłem bijącym z urządzenia otrzepał się i ruszył w ich stronę. Ciekawość wzięła górę. Kucał poza obrębem świata. Płachty powoli obracały się, na nich przetaczały się grudki zlepionego piasku, a z urządzenia ... kapała woda. "Żywią się ziemią" pomyślał. "A więc to prawda, to wszystko prawda". Nagle poczuł uderzenie w kark i stracił przytomność.

Gdy się ocknął leżał twarzą do ziemi pod płachtą przybitą do gruntu tak sprytnie że choć miał pewną swobodę nie mógł się wydostać w żaden sposób. Spojrzał na boki. Znajdował się w czymś w rodzaju sporego namiotu z naciągniętego materiału o brzegach rozszerzających się na dole. Kątem oka nad sobą widział otwór i jedną gwiazdę na niebie.Za ścianą ktoś gardłowo rozmawiał w niezrozumiałym języku. Większość dźwięków składała się z chrząknięć lub charczenia. Wyłapał kilka powtarzających się słów z których dwa brzmiące jak "ghaż" i "ologh" powtarzały się najczęściej i z wyraźnym naciskiem. Głosy podnosiły się, a więc ludzie Ci zapewne kłócili się o coś, być może o niego. Po chwili jednak twardo został wypowiedziany rozkaz "Turobe dhinen!" i głosy umilkły. Cisza uśpiła go.

Variag

Śnił mu się niewysoki człowiek w kapeluszu z niebieskim piórkiem, który gwiżdżąc przeskakiwał z wydmy na wydmę wielkimi susami, krzycząc "jestem olog, nanye olog" przy każdym lądowaniu. Męcząc się pod płachtą przetrwał do rana, kiedy ocknąwszy spostrzegł, że od spodu utworzyły się na materiale krople wody. Zlizał ile mógł dosięgnąć. Dniało i słychać było niewielki gwar i szuranie. Wtem do namiotu wpadł snop światła a za nim postać ubrana w przedziwny szyszak z wystającymi na boki kilkoma małymi srebrnymi rogami i maską. Spod niej patrzyły czujne i zdecydowanie oczy. Mężczyzna, mający na sobie łuskową kolczugę podszedł do niego, odpiął płachtę i kazał iść za sobą. Całe obozowisko utworzone było z kilku podobnych namiotów. Maszyny do wody nie było nigdzie widać, ale wojownicy dali mu się napić. Na misce podali mu też coś co wyglądało jak kasza a smakowało jak pokruszony węgiel. Lekko też świszczało w zębach, jednak było sycące.

Nie było szansy na ucieczkę. Grupa mężczyzn otoczyła go groźnie, wystawiając w jego kierunku metalowe szpikulce a nawet topory. Czuć było nerwowość i natarczywość. Tłoczyli się dokoła, potrząsając bronią. Nadaremno szukać by było tam przychylności czy współczucia. Mężczyzna w rogatym szyszaku wskazał na niego i spytał

-i inc-he?

Wędrowiec nie wiedział o co jest pytany, ale zrozumiał że powinien jakoś wytłumaczyć kim jest. Wskazał więc na siebie i powiedział:

- Mith, Mithgaraf - po czym dodał słowa ze snu - jestem olog, nanye olog

Wydawało mu się że podejrzliwość i zdenerwowanie grupy jeszcze narosło, po czym nagle wszyscy wybuchli śmiechem. Rechotali głośno, powtarzając tylko "ologh" "mith-olog" i śmiejąc się jeszcze bardziej. Nastroszone dzidy opadły. Z tłumu wyszedł mężczyzna i z trudem dobierając słowa powiedział.

- Ty nie olog. Olog gruby i wielki. Olog - troll.

Wreszcie do wędrowca dotarło jakie głupstwo powiedział i parsknął śmiechem. Wskazał na siebie i udając wielkiego człapiącego grubasa wykrzyknął

- nanye olog, Mitholog!

Galeria moich prac Edytuj

Sirion gate3

Galeria fotografii wykonanych podczas pobytu w Śródziemiu i innych miejscach opisywanych przez mistrza J.R.R. Tolkiena. Fotografie te maja zastosowanie jako ilustracje niektórych artykulów na Wiki.

Moje ulubione strony Edytuj

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.